Ja i moje pasje...

The journey of a thousand miles begins with a single step

Jest poniedziałek. Idę do pracy.
Czuję straszny niedosyt po wczorajszym dniu. Wiem, że to dziwnie brzmi. Ale nie lubię sytuacji kiedy musze zmieniać plany treningowe, a jak już je zmienię to się okazuje, że mogłem jednak wykonać dany trening. No nic. Pogoda jest niezła, więc planuję dzisiaj wykonać wczorajsze 18 km.
W pracy jak to w pracy bywa, trzeba coś robić. W końcu za to „coś robienie” nam płacą ;-)
Wracam do domu. Pogoda nadal słoneczna. Zjadam słabiutki obiadek i mała leniuchowa przerwa by obiadek się „wchłonął”. Po godzince wychodze na balkon i widzę, że znowu się chmurzy. Na szczęście niebo wygląda znacznie łagodniej niż wczoraj.
Ubieram się stosownie i wychodze na trening. Oczywiście cały czas mam na uwadzę to co się dzieje na niebie. Chmur przybywa. W głowie tylko jedna myśl: „dzisiaj nie przerwę treningu choćby nie wiem co się działo”. Zrobiłem pierwsze 6 km – niebo jeszcze tak źle nie wygląda, choć generalnie słońca już nie widać. Wbiegam w park. Biegnąc alejkami cały czas mijam ludzi idących szybkim krokiem. Wszyscy podążają w jednym kierunku – przeciwnym do mojego. W kierunku wyjścia z parku. Większość z tych ludzi dziwnie się na mnie patrzy, a ja z uśmiechem dalej sobie biegnę.
Wybiegam na odsłoniętą drogę i patrzę do góry. Muszę przyznać, że własnie pojawiła się myśl, aby zawrócić w kierunku domu. Wygladało na to, że zaraz będzie padał deszcz. „O nie” pomyślałem, „tym razem nie ucieknę, zrobię te 18 km”. Biegnąc obrzeżem parku czuję jak delikatnie zaczyna padać.
Biegnę dalej. Kolejny raz wbiegam do parku. Zaczynam słyszeć grzmoty i zaczyna mocniej wiać wiatr. Zwarte zadrzewienia nie pozwalają mi ujrzeć tego co się dzieje na niebie. Widzę tylko efekty wiatru. Wybiegam na drogę prowadzącą do parkingów, a jednocześnie okrążającą park. W oddali widzę, że kilometr ode mnie szaleje burza. Spotykam kolegę, który własnie kończy swój trening. Czeka na transport i dotrzyma mi przez ten czas towarzystwa. Biegniemy razem i rozmawiamy. Po chwili jego transport do nas dojechał, on wsiadł do auta, a ja biegnę dalej. Mija minuta, wbiegam ponownie w park i ……… zaczyna lać deszcz. Tak wiem nie brzmi to najlepiej, ale wierzcie mi, że to nie padało tylko lało. W kilka sekund byłem cały mokry. W butach trochę chlupało, ale nie ma się czym przejmować. W parku było ciemno, a deszcz nie ułatwiał omijania kałuż. Zresztą w wielu miejscach alejki wygladały niczym górskie potoki. Woda była wszędzie. Patrzę na zegarek i widzę, że tempo mojego treningu jest całkiem niezłe. Ten cały deszcz na tyle mnie chłodzi, że biegnie mi się wyśmienicie. Przestaje padać. Docieram na alejkę, która jest przy małej polanie w parku. Alejka jest asfaltowa. Na otwartej przestrzeni widzę, jak nad samą alejką zaczyna parować woda. Asfalt przez słoneczny dzień bardzo mocno się nagrzał. Wygląda to bajecznie. Biegnąc odczuwałem jak podłoże oddaje ciepło. Coś niesamowitego. Uśmiecham się i cieszę, że nie przerwałem tego treningu. Dla tego widoku i odczucia warto było całkowicie zmoknąć. Znów wbiegam z zwarte zadrzewienia. Zrobiło się troszkę chłodniej. Właśnie zdałem sobie sprawę, że zostało mi jeszcze tylko 4 km by zakończyć swój trening. Wybiegam z parku i biegnę w stronę domu. Burza chyba przeszła. Już niepadało. Wszędzie słychać wozy strażackie jadące na sygnałach. Dzisiejsza burza nie wyglądała tak groźnie jak ta wczorajsza, ale za to wyrządziła dużo szkód (co się okazało po czasie).
Docieram do domu. Mokry od czubka głowy po same koniuszki palców u nóg. Buty całkowicie przemoczone. Jestem mokry, a jednocześnie bardzo zadowolony z siebie i z treningu. Nie dość, że biegało sie dzisiaj wyśmienicie to zrobiłem w sumie 19 km.

Muszę przyznać, że było to chyba mój najlepszy trening w tym roku. I jak tu nie biegać podczas burzy… ?

Niedziela rano – wypad w teren. Powrót do domu i jest plan: wieczorem idę zrobić wybieganie – ma być 18 km. Od rana słońce ostro daje się we znaki więc nie ma co się za wcześnie wybierać na trening. Niedziela jakoś mija, nadchodzi wieczór. Godz. 19:00 wychodzę pobiegać. Widzę w oddali chmury, ale myślę sobie „spokojnie, napewno zdążę”. Po 3,5 km widzę w oddali jasne pioruny, a chmury w szybkim tempie się przemieszczają, zajmując to coraz większą powierzchnię nieba.
Patrząc na ciemne chmury zaczynam mieć pewne obawy, ale staram się jakoś za bardzo tym nie przejmować.
Biegnę dalej. Wbiegam do parku i nagle słyszę zrywający się, silny wiatr, który pokazuje swą siłę na drzewach. Widzę i słyszę spadające gałęzie, niedojrzałe żołędzie, itp.. Pierwsza myśl „widziałem gorsze sceny z udziałem wiatru i drzew”. Nadal biegnę. Wybiegam z parku, a tu niebo spowite granatowymi chmurami. Wiatr coraz bardziej szaleje, a na niebie w coraz to mniejszych odstępach czasu pokazują się bardzo jasne pioruny. W oddali słychać grzmoty.
Szybka zmiana planów – odwrót, czyli trzeba wracać do domu.
Dobiegam na miejsce. Z jednej strony cieszę się, że zdążyłem przed burzą, a z drugiej jestem zły bo nie wykonałem zaplanowanego treningu. To burzy mój całotygodniowy plan.
No nic. Na poniedziałek zaplanowany był dzień wolny, więc trzeba wszystko zmienić. Mimo tego, iż w niedziele zrobiłem zaledwie 10 km z zaplanowanych 18 km to w poniedziałek zrobię owe 18 km.
Po powrocie do domu przyglądałem się rozwojowi pogodowych wydarzeń z balkonu. Na granatowym niebie pokazywało się do czterech piorunów w tym samym momencie. Słychać grzmoty, ale deszczu nie widać. Burza jest, szkoda tylko że gdzieś „tam”. Jestem zły na siebie, że zawróciłem z treningu. Chciałem uniknąć biegania podczas burzy, a ta jest gdzieś w oddali.
Czas mija. Pojawia się deszcz…. ale to ma miejsce prawie po dwóch godzinach od mojego powrotu do domu. Czuję się jak dziecko, które wystraszyło się burzy i schowało się w szafie.
Mogłem śmiało wybiegać zaplanowane 18 km i wrócić do domu bez przygód z deszczem i burzą.

C.d.n

Niedzielny poranek

2 komentarzy

Niedziela rano. Słońce jak zawsze wstało szybciej niż ja. Teraz na mnie kolej. Wstaję z myślą porannego wypadu w teren. Po ogarnieciu się wychodzę z domu, zabieram rower z piwnicy
i jadę przed siebie.
Od rana na dworze jest słonecznie, ale bardzo przyjemnie. Jadę zgodnie z obraną przez siebie trasą, czyli tam gdzie sobie lubię pobiegać. Zawsze gdy mam trening widzę polujące pustułki i za każdym razem żałuję, że nie mam ze sobą aparatu. Mam nadzieję, że tym razem uda mi się sfotografować tego małego sokoła podczas jego polowania. Cóż, ptak był, ale nie polował tylko siedział na drucie wysokiego napięcia. Gdy się zatrzymałem by zrobić mu kilka fotek to…. udało mi się zaledwie dwie zrobić bo ten uciekł troszkę dalej. No i nadzieja na polującą pustułkę uciekła. Cóż ,może w końcu któregoś dnia mi się uda.
Jadę dalej. Obserwuję w wielu miejscach gąsiorki, były kruki, myszołów oraz polujący samiec błotniaka stawowego, ale jego obserwowałem przez lornetkę. Widziałem kilka razy przelatujące czaple siwe, były też łabędzie nieme. Pokazały sie też mewy śmieszki oraz jedna duża mewa.
Docieram nad taki mały, zarośnięty staw. Znajduję miejsce gdzie mogę zejść do lustra wody.
Rozglądam się wkoło i widzę rodzinę kokoszek wodnych: dwa dorosłe osobniki wraz
z trzema młodymi.

darmowy hosting obrazków

Nacieszyłem swe oko ich widokiem i pojechałem dalej.
Dojechałem do kolejnego stawku. Tutaj już dużo więcej różnej roślinności. Są też drzewa, które sporą część lustra wody ocieniają swymi koronami.
Są tu wędkarze, którzy odstresowywują się po tygodniu spędzonym w pracy nad brzegiem, przyglądając się spławikowi ;-)
Nie chcąc im przeszkadzać, znajduje inne, dogodne dla mnie miejsce, aby móc z brzegu obserwować to co się dzieje w tym miejscu.
Od razu w oczy rzuciła mi się para łabędzi niemych, oraz liczne kaczki krzyżówki. W tym jedną, która niczym nie wzruszona dała się fotografować.

darmowy hosting obrazków

Ale udało mi się wypatrzeć też czaple siwą, która siedząc na jakiejś gałęzi polowała na rybki.

darmowy hosting obrazków

Niestety długo nie dała sie obserwować, ponieważ postanowiła się przenieść w inne miejsce. Pewnie w takie gdzie nie będzie konkurencji – wędkarzy ;-)
Jednak największym rarytaskiem, jakim mogłem się cieszyć był widok polującego zimorodka. Ten mały, ale bardzo kolorowy i zwinny ptak szybciutko się uwinął ze swoją robotą i ze złowioną rybką odleciał. Wiem, że w okolicy są stwierdzone przez moich kolegów dwie pary lęgowe, więc przypuszczam, że wraz ze zdobyczą poleciał nakarmić swoje pociechy.

darmowy hosting obrazków

Jest godzina 11:00. Słońce daje się już we znaki. Mając na uwadze to, iż chcę zrobić jeszcze dłuższe wybieganie, zmykam do domu. Tak więc mimo tego iż nie udało mi się „upolować” polującej pustułki z uśmiechem na twarzy wróciłem do domu.

Wiem, że jakoś zdjęć nie powala, a wszystkie były robione z pewnej odległości. Niestety mój aparat ma już swoje lata więc nie chcąc płoszyć ptaków nie podchodziłem bliżej (czasami było to wręcz niemożliwe). Dlatego przepraszam, jeśli coś jest słabo widoczne.

Wtopa

3 komentarzy

W minione czwartkowe popołudnie pogoda była nieprzewidywalna. Na niebie chmury,
a gdzieś z pomiędzy nich przebijało się chwilami słońce. Temperatura co prawda nie dawała się we znaki, ale jak dla mnie to i tak było bardzo ciepło, a do tego troszkę wiało.
Po powrocie z pracy cały czas walczyłem z sobą, bo po pierwsze nie chciało mi się biegać,
a po drugie odczuwałem dziwne zmęczenie. Mogło by być też i po trzecie – byłem bardzo głodny po przyjściu z pracy. W zwyczaju mam wychodzić na treningi po powrocie z pracy,
a przed obiadem – wtedy mogę wiecej zjeść ;-)
Wróciłem do domu i przygotowuję obiad. Zjadam połowę porcji bo cały czas myślę, aby wyjść na wieczorny trening. Tymbardziej, że mam możliwość pobiegania z grupą biegaczy, którzy co tydzień się spotykają i razem trenują w czwartkowe wieczory. Cały czas jednak patrzę na niebo i szukam sobie wymówki pod postacią możliwego deszczu – leń chce postawić na swoim ;-)
Przychodzi odpowiednia godzina. Trzeba się zbeirać by zdążyć na czas. Ja zamiast ubierać strój sportowy idę na balkon popatrzeć w niebo – a może już zaczęło padać?
Niestety deszczu nie było, ale ciemna, duża chmura „wisiała” nad moim miastem.
W tym momencie spoglądam jeszcze raz na zegarek i jakby piorun we mnie strzelił. Szybko się przebrałem i wybiegłem z domu. To już ostatni gwizdek, aby zdążyć.
Dobiegam na miejsce spotkania. Widzę nowe twarze. Witam się z każdym. Jako ostatni został mi młody chłopak. Podaję mu rękę i mówię „cześć” – zero reakcji. Wokół panuje gwar ponieważ wszyscy ze wszystkimi rozmawiają. Myślę sobie, że nie usłyszał bo wyglądał na zamyślonego. Więc z racji tego iż lubię się powygłupiać, robię głupią minę i macham mu przed twarzą swoją dłonią. Wtedy kolega obok uświadamia mnie, że ten chłopak ……………… jest niewidomy. Ale mi się głupio zrobiło. Odszedłem na bok, a w głowie tylko jedna myśl
„ale wtopa”.
Czytałem już kilka artykułów i wywiadów z osobami niedowidzącymi bądź niewidomymi. Widziałem takie osoby na zawodach. A jak sam się z taką osobą spotkałem to zaliczyłem wtopę.
Przez cały trening biegłem trzymając się z tyłu i bacznie obserwując tego chłopaka. Cały czas mi było głupio, a zarazem podziwiałem go za to, że nie poddał się w życiu i chce coś robić.
Patrząc na to jak sobie radzi, jak cieszy się z każdego przebiegniętego metra mimo iż czasami się potyka, uzmysłowiłem sobie, że moje lenistwo czy odczucie zmęczenia
to pikuś w porównaniu z taką osobą. On chce, ale bez przewodnika nie może, ja mogę,
ale mi się nie chce.
Wielki szacun dla niewidomych biegaczy i innych osób z różnymi dysfunkcjami, które mimo swoich pewnych niedoskonałości cieszą się z tego, czego my, w pełni zdrowi i sprawni nie zdajemy sobie nawet sprawy.

Bez względu na to, że mi się nie chciało, że się przełamałem, że zrobiłem 16 km trening – mimo wszystko, nadal mi głupio…

Sąsiedzi

2 komentarzy

Od 3 tyg. mam nowych sąsiadów.
Niby nic nadzwyczajnego gdyby nie to, ze to para makolągw (Carduelis cannabina),
która założyła sobie gniazdo w jałowcu rosnącym za oknem.
W trakcie budowy gniazda miło było popatrzeć na zachowanie tych ptaszków. Samica dzielnie zbierała materiał na gniazdo w asyście swojego partnera, po czym budowała z nich gniazdo.
Samiec w tym czasie siadał na szczycie jałowca, najczęściej rozglądając się po okolicy
i pięknie śpiewając. Panie zapewne powiedzą, że to niesprawiedliwe, samica pracuje,
a samiec praktycznie nic nie robi. Może nawet bym się z tym zgodził gdyby nie fakt iż owe nic nie robienie samca to dosyć odpowiedzialna praca. Mianowice w tym czasie gdy samica pracuje, samiec asystując jej przy zbieraniu materiału na gniazdo, a później siedząc na czubku jałowca pełni rolę strażnika. Tak, w tym czasie obserwując okolicę pilnuje samicy,
aby podczas jej pracy nic się jej nie stało – czyli aby nie została przez jakiegoś drapieżnika upolowana i zjedzona. Z drugiej strony, ma możliwość obserwacji najbliższych terenów miejsca w którym budują gniazdo, dzięki czemu jest w stanie ocenić poziom bezpieczeństwa. Bacznie oglądając co się dzieje sprawdza jakie jest prawdopodobieństwo wyprowadzenia udanego lęgu.
Jeśli coś lub ktoś będzie niepokoił ptaki to para najczęściej porzuca gniazdo nawet na etapie składania jaj lub w początkowej fazie ich wysiadywania.

Warto to mieć na uwadze, gdyby komuś zechciało się szukać gniazda, gdy zauważy kręcące się przy jakimś krzewie makolągwy…

darmowy hosting obrazków

darmowy hosting obrazków

darmowy hosting obrazków

darmowy hosting obrazków

BiegamBoLubię …

2 komentarzy

Tak, biegam bo lubię :-)

Poza tym, że lubię biegać to BiegamBoLubię (BbL) to taka akcja, która ma na celu propagować aktywnośc fizyczną. Co tydzień w sobotę, na wielu stadionach sportowych w całej Polsce, o godz. 9:30 odbywają się zajęcia. Prowadzone one są przez trenera więc nie jest to taka całkowita „samowolka”. Spotykają się tam głównie biegacze, ale także przedstawiciele innych dyscyplin sportowych. Wśród uczestników są osoby z długoletnim stażem biegowym jak i osoby, które chcą dopiero zacząć swoją przygodę z bieganiem. Mówiąc krótko, są to zajęcia dla każdego. Wszelkie ćwiczenia są dostosowywane do poziomu każdego uczestnika.

Osobiście należę do osób, które trenują w samotności. Wychodzę z domu wtedy, kiedy mam czas i o godzinie, która mi pasuje. Ale jak tylko mam wolny sobotni poranek, staram się brać udział w zajęciach BbL. Dlaczego? A dlatego, że dobrze jest spotkać się i porozmawiać z innymi biegaczami. Zawsze można się czegoś nowego dowiedzieć i potrenować w towarzystwie innych. Jest okazja by zapytać trenera o wskazówki, które mogą nam pomóc w naszych treningach, albo w zachowaniu naszej sprawności fizycznej.

Tak właśnie było wczoraj. Mimo iż słońce nie było miłosierne dla naszej grupy („patelnia” na stadionie), wszyscy z uśmiechem na twarzy ćwiczylismy, a przy okazji dobrze się bawiliśmy.

Więcej o akcji oraz o tym, gdzie się odbywają zajęcia w poszczególnych miastach, miejscowościach znajdziecie na stronie  
http://www.biegambolubie.com.pl/

Manifest biegania

8 komentarzy

W ostatnim czasie kolejny już raz zdarzyło mi się przeczytać „Manifest biegania”, a przy okazji dać go do przeczytania koleżance. Widząc jej reakcję (nie jest to biegaczka) postanowiłem go tutaj w całości zacytować.

Kto wie, może i Wam się spodoba…

Manifest biegania

Do czego potrzebne nam biegi – o tak dziwnych nazwach jak rzeźnik, katorżnik, sudecka setka, a może ogólniej – po co nam bieganie?

Co chcemy udowodnić przekształcając tłuszcz czy węglowodany w joule wydatkowanej energii? Czego brakuje w naszym życiu, że jak maniacy, czasami wariaci czy szaleńcy pchamy się tam, gdzie inny nie tyle, że nie wejdzie, on w ogóle nie dopuści do siebie mysli że tam można się udać. Wilcze mięso? Mniej paznokci na stopach niż palców? Płuca „w dupie”? czyszczenie żołądka na kolejnym podbiegu? Po co? Nie wytłumaczę, nie powiem, nie potrafię… Ile razy spotykam się z pytaniem, po co? Ile razy Wy spotykacie się z pytaniami – ile Ci za to płacą? Ile razy oglądaliście ten gest krążącego przy skroni palca wskazującego, albo ten sam palec próbujący przebić się przez płat czołowy mózgu pukającego nim właściciela dłoni (niech puka do woli, nie ma obawy, nic się nie stanie, trudno uszkodzić coś czego nie ma). Czasami zastanawiam się, czy po prostu nam nie zazdroszczą. Czy to udowadnianie nam, że jesteśmy stuknięci (ciekawe, sami się stukają, a nam mówią, że to my jesteśmy stuknięci, coś musi być na rzeczy – podobnież od dużej ilości uderzeń w głowę można dorobić się urojeń) nie jest czasami zawoalowanym wołaniem „jak ja Ci zazdroszczę”. Może. Czasami posuwają się jednak dalej – czasami mówią „jak mnie kochasz to nie pobiegniesz”, „normalny człowiek tak nie robi, zostań w domu”, „w Twoim wieku, zgłupiałeś? Chcesz się zabić?”.. chcą nam odebrać bieganie, chcą nam odebrać przyjemność z naszego wysiłku, chcą … chcą nas upodobnić do siebie. A nie wiedzą co to znaczy przebić się przez „ścianę”, nie wiedzą co to znaczy „nie móc złapać tchu”, nie posmakowali wody tuż za metą wyścigu, nie zalegli na betonie, trawie czy piachu próbując uspokoić serce, nie starli ani razu potu zalewającego oczy, nie podali ani nie chwycili pomocnej dłoni kiedy nie mieli już siły aby dalej biec, nie usłyszeli ani nie powiedzieli „dawaj stary, możesz…” Nie zgrzytali zębami mnąc w ustach „ mogę kurwa, mogę…” nie płakali po pierwszym wygranym wyścigu, nie zamknęli się w sobie po pierwszym przegranym. Czasami chcą nam to zabrać. Nie zabiorą! Nie oddamy naszego bólu, naszego potu, naszej krwi, naszej radości i wolności. Będziemy biegać rano, żeby usłyszeć budzący się do życia świat, żeby obejrzeć wschód słońca. Będziemy biegać w południe, żeby zobaczyć zieleń traw, będziemy biegac po polach, żeby poczuć zapach koszonej trawy, znajdą nas w lesie (jeśli kiedykolwiek tam zabłądzą) i może razem z nami poczują zapach lasu. Nie zobaczą nas w deszczu – ale nie dlatego, że nas tam nie będzie, nie – to oni nie wstaną od telewizora, my przemoczeni do suchej nitki, śmiejąc się w głos, wystawiając twarz do wiatru będziemy biec. Aż zastanie nas zmrok, aż zapadnie noc, a i wtedy, kiedy Ci co traktują nas jak dziwadła, będą przeżywać po raz kolejny czyjeś życie w kolejnym serialu telewizyjnym, my wtopimy się w czarne alejki parków, bądź oświetlone chodniki czy ulice. Nie będziemy żyć czyimś życiem, sami będziemy je tworzyć, krok za krokiem, oddech za oddechem, kilometr za kilometrem. Bo to jest życie. To jest coś, czego nikt nie może nam zabrać. Ulubionej trasy, asfaltu, chodnika, szutru czy piachu i najważniejszego – radości bycia sobą.

Do zobaczenia na trasie
Marcin

… i ktoś dzięki temu choć trochę zrozumie biegacza, a może nawet sam spróbuje wyjść z domu i przez kilka minut potruchta by samemu się przekonać jak to jest …

Źródło:  
http://www.biegopolski.pl/pl/manifest-biegania

Rudzielec

2 komentarzy

Tym razem pozwolę sobie zboczyć z tematu awifauny na rzecz małego, rudego zwierzaka, którego udało mi się troszkę poobserwować w parku.

darmowy hosting obrazków

darmowy hosting obrazków

darmowy hosting obrazków

Niedziela rano. Z racji tego iż w sobotę brałem udział w zawodach, nie nastawiałem budzika by rano szybko wstać. Pozwoliłem sobie na długi sen by móc wypocząć. Po wyjściu z łóżka, patrząc na pogodę panującą za oknem postanowiłem wsiąść na rower i wybrać się w teren, by poobserwować ptaki.
Jest godzina 10:00, jak dla mnie to trochę późno by zaczynać wizytę w terenie, ale co tam się będę przejmował czasem. Wychodzę z domu, wsiadam na rower i z uśmiechem na twarzy wyruszam w trasę.

Wybrałem się w tereny polne. Cisza, spokój, słońce które nieźle grzeje i praktycznie brak cienia.
Czapka na głowie jest, woda w plecaku też więc nie jest źle.
Jak zawsze wyposażony w lornetkę i aparat fotograficzny powoli jadę zatrzymując się co chwila, by móc przyjrzeć się dokładniej temu co nie tylko w trawie piszczy, a raczej śpiewa ;-)
Droga śródpolna, którą się przemieszczam nie ułatwia mi jazdy ponieważ roślinność ją porastająca nie była w tym roku jeszcze koszona. W ubiegłym roku było łatwiej ponieważ rolnicy wykosili roślinność i bardzo fajnie się tamtędy jeździło. Generalnie nie ma się co dziwić, traktor da sobie tam radę, a rowerzysta może próbować swoich sił i doskonalić technikę jazdy w terenie. W sumie przyznam, że był to całkiem miły uzupełniający trening w moim biegowym planie.
Z racji godzin i temperatury za wiele ptaków mi się nie pokazało. Z drapieżnych była tylko para myszołowów zwyczajnych, które mają gniazdo na drzewie – niestety młodych nie widziałem.
Były pokląskwy, śpiewające skowronki i trznadle. Ładna grupka szpaków, grzywacze, pokazała się kukułka, której śpiew rozchodził się po okolicy. Miałem także możliwość podglądania gąsiorka, który upolował jakiegoś gryzonia oraz srokosze siedzące na drutach wysokiego napięcia.

Jednakże były też widoki na inny rodzaj przyrody – a mianowicie na ludzi, którzy opalali się w różnych miejscach. Rozumiem, że na plażach mało miejsca, dużo ludzi, przez co nie ma komfortu opalania się nago. Szkoda tylko, że po takich „miłośnikach matki natury” zostaje sporo śmieci, które nie rzadko mają wpływ na życie zwierząt.

5..4..3..2..1… start! Tak się zaczęły wczoraj moje zmagania w zawodach na dystansie 10 km.
Pogoda: hmm… prognozy były nieco inne niż to, co pokazała rzeczywistość. Ale było ciepło, było troszke chmur i wiatr, który potrafił dać się we znaki. Jak dla mnie było trochę duszno, ale to moje, subiektywne odczucie.
Wystartowało ok 500 zawodników. Ustawiłem się z czołówką – miejsca było dużo. Jakoś tym razem zawodnicy ustawiali się z tyłu i nikomu nie śpieszno było zajmować miejsca z przodu.
Początek dosyć mocny, miałem nadzieję, że po 2 km troszkę tempo się zmniejszy. Biegliśmy po pięknym parku. Po wybiegnięciu na otwartą przestrzeń okazało się, że wyszło słońce, które dawało popalić.
Utrzymując tempo starałem się policzyć ilu biegaczy jest przede mną 1..2….14…21..27.. + no właśnie ilu jeszcze było przed tymi, których policzyłem? Hmmm.. to zastanawianie się doprowadziło mnie do połowy trasy czyli 5 km, sprawdzam czas – jest całkiem nieźle. W tej chwili nachodzi mnie myśl: czy aby to tempo nie jest za ostre jak dla mnie? czy będę miał siły na finiszowanie? No nic, biegnę dalej. Kolejny raz wybiegamy na otwartą przestrzeń, tym razem poza grzejacym słońcem był jeszcze wiatr, który skutecznie utrudniał utrzymanie tempa, nie mówiąc już o próbach zwiększenia prędkości. Czując, że mój organizm zaczyna się buntować staram się jakos ułatwić sobie ten bieg. Wpadam na pomysł, by uczepić się innego biegacza, który będzie stanowił dla mnie pewnego rodzaju tarczę przed wiatrem, a tym samym będzie taranem, który będzie „przebijał” wiatr wiejący nam prosto w twarz. Tak robią kolarze więc postanowiłem tego spróbować w biegach. Tak też się stało – znalazłem odpowiedniego biegacza – „siedziałem mu na plecach”. W tym miejscu muszę mu za to podziękować, choć nie wiem kim on był. Moja strategia na wiatr okazała się bardzo pomocna. Udało mi się nawet lekko odpocząć, a przynajmniej mniej zmęczyć ;-)
Wbiegamy ponownie do parku, ja wyprzedzam tego, który mi pomógł. W parku jest ok choć zaczynam odczuwać zmęczenie. Na 7 km w głowie pojawia się obraz jak finiszuje. Niestety to wszystko było tylko w głowie, ponieważ w rzeczywistości zaczynam odczuwać zmęczenie oraz to iż moje nogi nie chcą za nic przyspieszyć. Tak jakby coś mi mnie odcinało – gdyby auto było żywą istotą i mogło odczuwać, to pewnie ono by czuło dokładnie to samo, gdy kierowca wciska pedał gazu, a w baku nie ma paliwa. Tak to bywa, gdy zje się za małe śniadanie i do tego poprzedniego dnia, kolacja jest trochę mało pożywna – mój błąd.
Widząc oznaczenie 9 km zaczynam się cieszyć. Tempo nieznacznie udało mi się zwiększyć, ale to nie było to co chciałem z siebie dać. Widząc bramkę z napisem „meta” pragnę dać z siebie wszystko i z mocnym akcentem finiszować – niestety to mi się nie udaje. Wyprzedzam mnie jedna osoba „na pełnym gazie”, a ja tylko mogę zazdrościć innym takiego końca zawodów.

W końcu dobiegam, przekraczam linię mety. Spoglądam na zegar, widzę czas, jak dotąd mój najlepszy lecz jest pewne ale… Zaczynam się uśmiechać i próbuję dojść do siebie. Idąc z trudem łapię oddech. Podchodzę do dziewczyn, które zawieszają mi medal na szyi. Czuję ogromną satysfakcję i nawet zaczynam się uśmiechać.
Jednak po chwili dopada mnie myśl o moim ale… A mianowicie chodzi tu o mój czas. W planach było pobicie mojego dotychczasowego rekordu na tym dystansie. Co prawda osiągnąłem lepszy czas wiec mam swój nowy rekord, ale to nie ten czas, który chciałem osiągnąć.
Niestety tym razem znów się okazało, że teoria a praktyka to dwa rózne bieguny, które nie zawsze się ze sobą pokrywają.
Mimo tego, że biegam już od 3 lat, nadal popełniam błędy, które przekładaja się na moje wyniki. Dobrze, że skończyło się to tylko na moim gorszym czasie, a nie np. na kontuzji.

Pozostaje mi wyciągnąć wnioski z tego biegu i cieszyć się z medalu, który powiększył moją kolekcję :-)